Poznałem Go, gdzieżby indziej, na nowotarskim lodowisku, kiedy to jeszcze jako terenowy korespondent "Dziennika Polskiego" dorabiałem wierszówkami do pensji. Korespondent, gdyż w tamtych czasach określenie "dziennikarz" zawierało w sobie ogromny potencjał, niezależnie od wiedzy i talentu. Praca etatowa w jakiejkolwiek redakcji wymagała od młodych ludzi określonego poziomu wykształcenia i matura tu nie wystarczała, dlatego zdopingowany kryterium, jakie postawił mi naczelny DzP - Jan Rotter, (urodzony w Wiedniu prawnik z wykształcenia), zapisałem się na studia prawnicze na UJ, żeby załatać w życiorysie dziurę, którą wywierciły dwa lata w wojskowych kamaszach. Dziennikarski świat stanął wtedy potem otworem.
Stefan Rzeszot był wysokiej klasy erudytą, co przy nienagannych manierach towarzyskich stawiało go w czołówce ówczesnych żurnalistów w kraju. Chętnie przyjeżdżał na Podhale, chłonąc miejscowy klimat, zwłaszcza hokejowy, miał dar zjednywania sobie ludzi, potrafiąc zagadnąć na ulicy nawet nieznajomych. Skądinąd jego znana z telewizji twarz i charakterystyczny tembr głosu bardzo mu w tym pomagały, a jego autorytet pozwalał przepchnąć wiele trudnych "nowotarskich spraw" na tzw. górze.
Jako społeczny wówczas wiceprezes KS Podhale opiekowałem się wielce przydatnym klubowi gościem, który w swych transmisjach wielokrotnie podkreślał rolę, jakie Szarotki spełniają w polskim hokeju. Podczas jego wizyt byłem uprzywilejowany w bezpośrednim kontakcie z Panem Redaktorem, a wobec skromnych wówczas nowotarskich warunków noclegowych (obskurny hotel Janosik przy ul. Sokoła) podczas hokejowych wydarzeń, wolał spać u mnie w domu, gdzie zawsze było jeszcze coś na ząb i gardło; w końcu pochodził z Krakowa...
Stefan niezwłocznie zaproponował mi "per ty", co było o tyle ciekawe, że będąc rówieśnikiem mojej mamy, za żonę miał Ślązaczkę; Krysia była w moim wieku. Jednak uczciwie dodam, że jego warszawskie mieszkanie przy ul. Kijowskiej (na zapleczu kina Moskwa) zawsze też gościnnie stało dla mnie otworem. W salonie państwa Rzeszotów intrygowała mnie ogromna starodawna szafa, po brzegi wypełniona wszystkim, co było związane z krajowym i światowym hokejem. W tamtych czasach nie było jeszcze internetu.
Jako naczelny redaktor przez 15 lat rządził tygodnikiem "Sportowiec" i po czterech latach w "Przeglądzie Sportowym" zakotwiczył w 1974 roku w Redakcji Sportowej TVP. Rok później zaliczył spektakularną wpadkę podczas transmisji z Kijowa, gdzie tamtejsze Dynamo podejmowało Bayern Monachium w meczu o Superpuchar Europy. W spartańskich warunkach wysoko usadowiony na stanowisku komentatorskim miał gorsze warunki pracy od przeciętnego kibica na trybunach, a większość cywilizowanych pomocy technicznych w siermiężnych warunkach ZSRR "raczej" nie działała.
Stefan Rzeszot zdany był na improwizację oraz własne szkiełko i oko, ale jak na złość gospodarzom nie wyschły meczowe kostiumy i wystąpili w barwach czarno-białych. Niemcy zaś, jak to oni, zawsze przygotowani na tamtym terenie na różne wydarzenia, zagrali na czerwono. I tak przez kilka minut komentarz szedł "na odwrót" (coś jak na nowotarskim facebooku), aż siedzący w Warszawie na "zwrotnej" red. Aleksandrowicz rzucił sprawozdawcy wiązkę na słuchawki i po małej przerwie wszystko już szło prawidłowe, za co Stefan przeprosił; miał klasę!
W 1976 roku byłem akredytowany przez redakcję "Sportu" na MŚ w hokeju na lodzie, codziennie w szerokim gronie spotykaliśmy się w hotelu "Katowice" na śniadaniu, omawiając wydarzenia, które zapisały się w historii polskiego hokeja.
W szczególności był to mecz otwarcia z kadrą ZSRR i sensacyjne zwycięstwo biało-czerwonych 6:4, w których to barwach grało wtedy sześciu wychowanków nowotarskiego "Podhala", co Rzeszot często podkreślał w swoim meczowym komentarzu. Niestety, mecz ten nie był transmitowany na żywo w Telewizji Polskiej, gdyż czas antenowy w tym dniu przeznaczono na ... magazyn rolniczy.
No cóż, w kwietniu rolnik już nie śpi, bo w polu mu rośnie; transmisja poszła z poślizgiem późnym wieczorem, kiedy cała nasza szczęśliwa ekipa świętowała sukces w hotelowym "piekiełku". Nowotarski kolega z TVP Kraków, Andrzej Szeląg spisał na straty swoją ostatnią białą koszulę (rano w programie na żywo wystąpił w mojej), Rzeszotowi i Janowi Ciszewskiemu pocięliśmy firmowe krawaty, a Łukasz Jedlewski, naczelny "Przeglądu" musiał zapłacić w barze za kilka butelek "Budafoku". Tyle było naszego, bo nazajutrz w przesiąkniętej alkoholowym zapachem i papierosowego dymu redakcji przy Młyńskiej, Andrzej Konieczny, naczelny redaktor "Sportu" - nałożył nam cenzuralne kagańce.
Czemu o tym piszę? Ano dlatego, że Stefan Rzeszot, w młodości mocno związany z ruchem młodzieżowym, był silnie umocowany w ówczesnych realiach politycznych, co pozwalało mu na polemikę nawet z największymi ideologicznymi tuzami ówczesnej prasy, w której jednak, nie oszukujmy się, najwyższą ocenę miała stara, dziennikarska szkoła krakowska. Szczęśliwie ominął rafy ówczesnych zawirowań polityczno-dziejowych, robiąc swoje; wtedy jeszcze liczył się profesjonalizm. Dziś pisać każdy może, choć nie zawsze potrafi, w razie czego może się podeprzeć sztuczną inteligencją.
Nie zapomnę wielkanocnego pobytu w studio na Woronicza, kiedy robiłem "papkę" dla Stefana, do wieczornej relacji z mistrzostw świata w Moskwie w 1986 roku, dzięki bezpośredniemu przekazowi z Czechosłowacji, gdzie na kilku kamerach spisywałem składy poszczególnych piątek, minuty, bramki i kary, aby potem ubrać to do kupy i przekazać mojemu mentorowi do studia.
Stefan chętnie dzielił się swoją wiedzą dziennikarską i dobrą radą. Jedną z nich zapamiętałem na całe życie, gdy po meczu hokejowym z Nowego Targu (tak, tak, przez telefon, na żywo, o 21:05 codziennie Kronika Sportowa w programie I Polskiego Radia - "Oj, strzelaj, prędzej, strzelaj, goool!"), Tomek Zimoch odbierał półminutową relację. Rzeszot nie bez ironii powiedział wtedy: "Jacuś, guzik obchodzi słuchacza na Śląsku, że nowotarscy kibice byli w euforii, a na polu (bo Stefan był z Krakowa!) padał śnieg. Masz mówić kto strzelił bramki i w której minucie, słuchacz sobie dopowie to, czego nie jesteś w stanie powiedzieć przez kilkadziesiąt sekund". Z pokorą przyjąłem wskazówkę na przyszłość, pracując wtedy dla Radia Kraków.
Jednak praca w tamtym okresie odbiła się na zdrowiu Stefana, który dużo palił i choć ostatniego "Carmena" puścił z dymem u mnie w domu przy brydżowym stole, problemy kardiologiczne zostały. Wtedy, niejako w nagrodę, za sprawą brata pracującego na nowotarskim lotnisku, obiecałem mu lot nad Tatrami, z czego Janusz Ruge wywiązał się bez zarzutu. Spełniło się jego marzenie...
Mimo, że był wrogiem motoryzacji, skorzystał z przyznanego mu w końcu talonu na Fiata 126p, którym wraz z Krystyną zabierał przyjaciół na weekendowe wycieczki, najczęściej był to Jan Suzin i Edyta Wojtczak. Ostatni obiad na powitanie lata zjedli "Pod Złotym Linem" za Serockiem; nad ranem przyszedł atak. Poniedziałkowy "Magazyn sportowy" zaczął się od zbliżenia samotnych słuchawek na stoliku w telewizyjnym studio. To był 22 czerwca 1987 roku.
Dlaczego tamta data, choć nie okrągła, jest taka ważna? Otóż właśnie wiosną tamtego roku, po ośmiu latach przerwy hokeiści Podhala Nowy Targ wrócili na tron mistrza Polski, zdobywając 12-ty w historii tytuł, a trenerem "Szarotek" był nie kto inny, jak Walenty Ziętara; nasz najlepszy zawodnik grał z "dwunastką" na plecach. Wtedy w "Podhalu" trwała zmiana pokoleniowa, obok Gabrysia Samoleja wyłaniał się talent Marka Batkiewicza, byli Szopińscy i Ruchałowie, Kapica, Puławski, Wronka, Hajnos, Cyrwus i Podlipni. Nowotarska szkoła hokeja funkcjonowała, a kadra narodowa potrzebowała świeżej krwi po powrocie do elity i o tym Stefan Rzeszot chciał zrobić materiał filmowy z przeznaczeniem do dalszej, szkolnej nawet edukacji. Nie zdążył, a wobec politycznych zawirowań nie było przebicia w telewizji, gdzie diabeł mieszał po kątach.
Po latach temat wraca, o czym dyskutowaliśmy m.in. z Czesławem Borowiczem i Stanisławem Snopkiem, gdzie nie bez przyczyny tematem był nowotarski hokej i jego przyszłość. Doszliśmy do wniosku, że do rozkwitu, a nie wegetacji naszych "Szarotek" są potrzebni ludzie z wiedzą, klasą i charyzmą, którzy za pośrednictwem mediów potrafiliby dotrzeć do szerokiego grona odbiorców. Którzy mogliby przekonać władze miasta, ale też i miejscowe społeczeństwo do podjęcia niezbędnych, ale też i szybkich kroków w kierunku przywrócenia blasku naszej ukochanej dyscyplinie, którą można pogodzić zarówno z piłką jak i lekkoatletyką, czy ping pongiem.
I nawet, gdy komuś się przez chwilę pomyli kolor koszulek, zawsze można przeprosić i naprawić swój błąd. Bo błędy są nieodzownym elementem ludzkiego działania. Oczywiście lepiej uczyć się na uniwersytetach, ale cenzus to nie wszystko. Stefan Rzeszot był z wykształcenia technikiem budowlanym, ale jako wspaniały dziennikarz potrafił zbudować cudowną hokejową narrację, której tak nam dzisiaj brakuje.
Bo marzenia się spełniają, tylko trzeba na nie zapracować i tak jak kiedyś Stefan Rzeszot nad Tatrami, pojawi się trzykolorowy balon z napisem 20-ty tytuł na 100-lecie "Szarotek". A Redaktorowi zadedykujemy lożę prasową w nowym obiekcie...
Jacek Sowa
Skontaktuj się z nami
+48 796 024 024
+48 18 52 11 355redakcja@podhale24.pl
m.me/portalpodhale24
Adres korespondencyjny
Podhale24.pl
ul. Krzywa 9
34-400 Nowy Targ
ul. Krzywa 9
34-400 Nowy Targ
Informacje
Obserwuj nas


























