Opowiadania Andrzeja Finkelstina na Podhale24.pl: "Grawitacja grzechu na zakopiance"

Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś pt. "Grawitacja grzechu na zakopiance".
Nokaut. Grawitacja grzechu na zakopiance
/Fantastico Chico Blanco/

Genetyka, proszę szanownych państwa, to nie są rurki z kremem, jakby rzekł doktor Józef, pierworodny Gryfiny, która z kolei była rodzoną córką Rościsława z Załucznego. Wiedział o tym lepiej niż kwantowi fizycy. Swoje przepastne wykształcenie w dziedzinie fizjologii i genetyki molekularnej przypieczętował dyplomami z Oxfordu, Harvardu oraz, co cenił najbardziej, z Kielc, bo tam też jest znany uniwersytet ze swoistym klimatem.

Przez lata Józef próbował naukowo rozwikłać rodzinną klątwę. W jego żyłach płynęła krew załuczańskich potentatów kulinarnych, co owocowało tym, że tył od samego patrzenia na jadłospisy. Kiedyś w przypływie gorączki geniuszu ogłosił rewolucyjną tezę, że choć sam proceder nierządu jest moralnie plugawy i hańbiący, to banknot na nim zarobiony nie niesie w sobie żadnego grzechu i fiskus może śmiało, a nawet powinien podatki za to przyjmować! Co ciekawe, wygłaszając te skrajne teorie, Józef nie przybrał na wadze ani grama. Jako naukowiec uznał to za empiryczny dowód, że jeśli teza nie tuczy, to znaczy, że ma rację. Ostatecznie, stosując autorską dietę opartą na mechanice kwantowej i unikaniu spojrzeń w stronę cukierni a także unikaniu grzesznych myśli, Józefowi udało się zbić osobisty tonaż bez używania modnych zastrzyków z Tirzepatydu. Stał się wręcz chorobliwie smukły i łączył tę szczupłość wyłącznie z życiem w prawdzie. Każde bowiem kłamstwo, odstępstwo od wyznaczonych prawem reguł, natychmiast wywoływało u niego wzrost wagi.

I właśnie wtedy, w ten pamiętny wtorek, wjechał swoim klasycznym, krwistoczerwonym Citroënem DS z 1968 roku, maszyną o aerodynamicznym kształcie kosmicznej ryby na słynne już rondo w Nowym Targu, tuż przy zjeździe na Szaflary. Sunął miękko niczym Fantomas. Był zmęczony po sympozjum w Kielcach. Na ułamek sekundy stracił koncentrację i zapomniał włączyć kierunkowskaz. W tym samym momencie kultowy Citroën wydał z siebie potępieńczy, metaliczny skowyt. Hydropneumatyczne zawieszenie tej francuskiej legendy, dotąd płynące nad asfaltem niczym chmura, nagle klapnęło o ziemię zostawiając za sobą ogon z iskier. Podwozie z hukiem skoczyło ku równiuteńkiemu asfaltowemu podłożu, a przepiękne, obłe błotniki opięły się na oponach tak ciasno, jak gacie, które pękają w szwach po świętach. Maska auta tak spuchła, jakby silnik nagle zamienił się w trzydrzwiową szafę z Kalwarii. Józef wysiadł z wozu, poprawił swój szpanerski profesorski tweedowy garnitur w jodełkę i zesztywniał rozepchawszy do granic możliwości swoje ubranie. Rozejrzał się nerwowo.

- Na rany boskie... - szepnął, dotykając zniekształconej blachy. - Toż to nie metabolizm. To mechanika moralna. Nie dość, że ja spuchłem, to jeszcze auto! Pieprzyć mnie, ale szkoda auta...

Tymczasem zza zakrętu, prosto na rondo, wytoczył się nowiuteńki radiowóz rodem z Korei. Aspirant w błyszczących butach podszedł do osiadłego na asfalcie Citroëna, powoli żując gumę. Sprawiał wrażenie, jakby wycięli go z filmowej sekwencji reżyserowanej przez Tarantino. Zsunął na nos okulary w złotej oprawie. Popatrzył na spuchniętą maskę, potem na koła schowane głęboko w błotnikach i w końcu na doktora Józefa.

- Panie kierowco - zaczął flegmatycznie, oparłszy rękę na kamerze nasobnej - wygląda, jakbyście przewozili w bagażniku jakąś ubojnię. Albo spirytus z pominięciem akcyzy - i sam zaśmiał się ze swojego żartu, szczerząc spod wąsa zęby.
- Nie jestem kierowcą, tylko kierującym i to w liczbie pojedynczej, a to tylko grawitacja moralna, panie policjancie - odpowiedział spokojnie Józef, gładząc klapy marynarki. - Zwykłe niedopatrzenie z kierunkowskazem. Wynik chwilowego zaniku napięcia w synapsach.

Aspirant machnął ręką, rzucił w eter tradycyjne podhalańskie "sacrebleu" i wrócił do radiowozu. Prawdopodobnie nie zrozumiał do końca Józefa i na wszelki wypadek odpuścił, bo było mu wstyd. Józef odetchnął. Skupił się, pomyślał o kieleckich wykładach z anatomii, uspokoił tętno i z aptekarską precyzją ruszył przed siebie. Samochód natychmiast odzyskał dawną lekkość. Kosmiczna ryba z 1968 roku znowu płynęła centymetr nad asfaltem.

Zależność, z którą przyszło mu się mierzyć, była bezlitosna, wręcz chirurgiczna w swoim absurdzie. Kiedy Józef prowadził z staroświecką dwornością, trzymał kierownicę idealnie na za piętnaście trzecia, przepuszczał matrony na pasach i nie przekraczał prędkości nawet o grubość włosa, jego Citroën DS stawał się lekki niczym piórko. Silnik mruczał z gracją szwajcarskiego zegarka, a auto dosłownie lewitowało nad podhalańskimi drogami, spalając jedynie opary benzyny. Wystarczyło jednak, że doktor choćby musnął kołem linię ciągłą albo nieładnie pomyślał na przykład o kierowcy z rejestracją KTT, a auto natychmiast nabierało tonażu jego własnych grzechów. Ciężar sumienia materializował się w zawieszeniu z niszczycielską siłą.

Prawdziwy dramat rozegrał się jednak kilkanaście kilometrów dalej, wciąż na słynnej zakopiance. Ruch, jak to zwykle na niej bywa, gęstniał z każdą minutą, zamieniając trasę w ciągnący się po horyzont, ryczący sznur smrodzącej blachy. Cóż, los bywa wielce przewrotny i pełen ironii. Otóż przed dystyngowanym Citroënem doktora wytoczył się nagle wysłużony ciągnik, wlokący wielką, zardzewiałą beczkę z gnojówką. Zapach, który wdarł się przez nawiewy francuskiego klasyka, drastycznie kłócił się z oksfordzkimi manierami Józefa. Traktor pyrkał z prędkością spacerową, a że był pozbawiony dachu, jego kierowca wyobrażając sobie, że siedzi w kabriolecie, delektował się wiatrem we włosach. Minęła minuta, dwie, może pięć... W żyłach naukowca zagotowała się gorąca, załuczańska krew dziadka Rościsława. Józef stracił resztki profesorskiego stoicyzmu.

- Nie po to, do cholery, kończyłem Harvard, żeby wąchać krowie syntezy! - warknął sam do siebie.

Ignorując grubą, podwójną linię ciągłą oraz wyraźny znak zakazu wyprzedzania, docisnął gaz do dechy. Stary Francuz zabulgotał a z rury wypuścił chmurę białego dymu. To nie był zwykły błąd. To był grzech kardynalny przeciwko Kodeksowi Drogowemu. Reakcja wszechświata była natychmiastowa i absolutnie potworna. Zabytkowy wóz w ułamku sekundy przytył o jakieś sześćset kilogramów grzechu. Kultowe, wąskie oponki eksplodowały jednocześnie z hukiem rozrywanej gumy. Przepiękna, opływowa karoseria zaczęła gwałtownie pęcznieć i puchnąć, przypominając drożdżowe ciasto rzucone przez pijanego piekarza na rozgrzaną do czerwoności blachę. Elegancka buda rozciągała się z przerażającym trzaskiem pękających śrub i zgrzewów, a szyby zmatowiały od potwornych naprężeń, pokrywając się siatką drobnych rys. W ciągu kilku sekund dawne luksusowe auto zamieniło się w gigantyczną, stalową bulwę, która zaryła podwoziem głęboko w podłoże, tworząc wzdłuż i w poprzek zakopianki, niemożliwą do ruszenia barykadę. Józef, dzięki instynktowi samozachowawczemu wytrenowanemu na studenckich stancjach, ledwo zdążył wyskoczyć z kabiny, zanim drzwi zakleszczyły się na amen w zdeformowanych, pofalowanych zwojach metalu. Citroën, ważący teraz tyle co wóz bojowy średniej kategorii, całkowicie zablokował kluczową arterię Podhala. Ruch zamarł w obydwu kierunkach. Z oddali, od strony Poronina, dało się już słyszeć narastający jazgot policyjnych syren oraz wściekłe, miarowe pomruki klaksonów kierowców stojących w kilkukilometrowym korku. Doktor Józef stał na poboczu, poprawiając przekrzywione okulary. Patrzył na spuchnięte i zniszczone metalowe monstrum, pomnik jego własnej pychy i pośpiechu. Ubranie zaczęło mu pękać w szwach. Wyglądał jak bałwan ubrany w przyciasne ubranko. Wiedział już, że z tej drogi nie ma prostej ucieczki. W pewnym momencie z tłumu stojącego w korku wyłonił się dojrzały mężczyzna z przydługimi siwymi włosami i małą leninowską bródką. Popatrzył na zakleszczoną w asfalcie uformowaną z samochodu drogową barykadę, przełknął ślinę i rzekł:

- I na co to panu było, panie uczony? Prawo waży tyle samo na Harvardzie, co i na Podhalu. Przepisy to nie jest suchy zapis na papierze, tylko fundament naszej rzeczywistości. Kiedy łamie pan zasady dla własnej wygody, musi pan liczyć się z fizyką wszechświata. Ciężar własnych przewinień bywa czasem tak potężny, że w końcu potrafi przygnieść każdego. I żadne dyplomy nie pomogą.

***

W procesie twórczym wykorzystano wsparcie AI w zakresie przetwarzania i redagowania. Autor nie uczestniczy, nie komentuje i nie bierze udziału w dyskusjach na forum pod publikacją.

copyright 2007 podhale24.plData publikacji: 22.09.2026 08:27