
Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś pt. "Instrukcja obsługi kosmity".
Nokaut. Instrukcja obsługi kosmity
/Fantastico Chico Blanco/
Kosmitę spotkałem w urzędzie. To miejsce samo w sobie jest dowodem na istnienie inteligencji pozaziemskiej, choć bywa, że wrogiej. To tutaj nawet obce cywilizacje tracą wiarę w postęp, a bogowie cierpliwość. Siedział na plastikowym krześle numer siedemnaście i wpatrywał się w tabliczkę "Prosimy zachować spokój", jakby była najstarszym znanym ludzkości traktatem filozoficznym. Robił to z nabożeństwem, jakby spodziewał się, że napisy mu odpowiedzą, odwzajemnią spojrzenie albo przynajmniej przeproszą. Patrzył długo. Zbyt długo. W urzędzie tak się nie patrzy. Tu wzrok powinien być spuszczony, pokorny, od gotowy na porażkę. Miał na sobie szary prochowiec, który wyglądał, jakby wydawano go przy urodzeniu razem z numerem PESEL z tą różnicą, że rósł wraz z właścicielem. Twarz miał raczej zwyczajną, podejrzanie zwyczajną, z gatunku tych, które zapomina się już w trakcie patrzenia.
- Przepraszam - odezwał się cicho, gdy usiadłem obok. - Czy to miejsce służy do czekania bez wyraźnego celu, czy po prostu do czekania? Tak po prostu.
Zignorowałem go, bo w urzędach rozmowa z obcymi bywa brzemienna w skutki administracyjne, bo w urzędach nie rozmawiam z obcymi. Poza tym może niepotrzebnie wydłużyć procedurę.
- Pytam - dodał - ponieważ czekam już trzecią godzinę i nadal nie wiem, czy robię to poprawnie.
Spojrzałem na niego z litością, którą zwykle rezerwuję dla dzieci i ludzi naiwnie wierzących w jasne instrukcje.
- Proszę się nie martwić - powiedziałem. - Robi pan wszystko zgodnie z procedurą, znakomicie. Jeszcze chwila i poczuje pan bezsens. To znak, że zmierza pan w dobrą stronę.
Skinął głową i zapisał coś w notesie. Był on gruby, ciężki i wypełniony drobnym, nieznanym mi pismem, jakby ktoś próbował zmieścić całą historię wszechświata między wierszami, oszczędzając marginesy. Jakby upakował tam całą cywilizację, choć notabene żadnych linii na kartkach nie dostrzegłem.
- A kiedy następuje moment - zapytał - w którym człowiek przestaje czekać, a zaczyna po prostu trwać? No... moment, w którym człowiek orientuje się, że już nie czeka, tylko tkwi?
- U nas? - zamyśliłem się. - Najczęściej między jednym numerkiem a drugim. To pytanie było nie na miejscu. W urzędzie pytania zawsze są nie na miejscu. - Albo po czterdziestce. Zależy od województwa - dokończyłem wreszcie, nie będąc pewnym, czy mnie zrozumiał. - To sarkazm - dodałem, żeby nie trzymać go w napięciu.
I tak się w tym rozkręciłem, że dołożyłem jeszcze jedno absurdalne zdanie:
- Zwykle po latach. Albo po emeryturze. Zależy od stawki VAT.
Zamyślił się.
- Fascynujące. U nas proces ten trwa kilka sekund i jest uznawany za chorobę.
Dopiero wtedy zrozumiałem, że mam do czynienia z kosmitą. Wariat nie zadawałby tak precyzyjnych pytań, a kontroler skarbowy nie wyglądałby na aż tak zdezorientowanego. Poza tym w jego twarzy było coś nieludzkiego, a raczej nieziemskiego. Wyjął z kieszeni niewielkie urządzenie przypominające pilota do telewizora, który nigdy nie działa. Nacisnął przycisk i spojrzał na mnie z niepokojem.
- Czy pan również słyszy ten dźwięk? - zapytał.
- Tak - odpowiedziałem.
Musiałem zrobić dziwną minę, bo zaraz uzupełnił:
-To szum egzystencjalny. Innymi słowy: wewnętrzny krzyk człowieka cywilizowanego. Normalne. Proszę się nie przejmować.
- Tak - powiedziałem, nie mając pewności, czy moje przytaknięcie jest w tej sytuacji na miejscu.
- Doskonale - ucieszył się. - Aparatura działa.
Zostałem z nim, bo miałem czas. Zaintrygował mnie i czułem, że nie muszę się go bać. W urzędzie czas nie należy do nikogo, więc nikt nie zauważył, że delikatnie go podkradam. Powiedział mi, że przybył na Ziemię, aby sporządzić raport. Jego cywilizacja rozwijała się harmonijnie, dopóki ktoś nie wpadł na pomysł sensu życia. Po prostu wymyślił sens. Od tamtej pory wszystko się skomplikowało. Teraz wysyłają obserwatorów, by sprawdzić, jak inne planety radzą sobie z tym błędem. On miał zbadać, jak radzimy sobie z nim na Ziemi.
- I jak wypadamy? - zapytałem.
- Źle - odparł bez wahania. - Ale z imponującą konsekwencją.
Zabrałem go na miasto. Chodziliśmy razem, nie wzbudzając podejrzeń, bo przecież wyglądał jak człowiek. Pokazałem mu sklepy, w których kupuje się rzeczy niepotrzebne, za pieniądze, których się nie ma, żeby poprawić sobie nastrój, i tak będący poza zasięgiem. Kosmita długo czytał etykiety. Później stanął między regałami i płakał cicho, studiując skład parówek.
- U nas - wyszeptał - to byłoby uznane za akt agresji biologicznej.
- A u nas to promocja - odpowiedziałem.
Najbardziej jednak przeżył samo Zakopane jako zespół miejski, jako skupisko powiązane ekonomicznie i komunikacyjnie, oraz zachwycił się autobusami. Szczególnie godzinami szczytu.
- To rytuał inicjacyjny? - zapytał, gdy zostaliśmy dociśnięci do drzwi przez kobietę z plecakiem i kijkami.
- Nie. To błędnie rozumiana demokracja w czystej postaci - odpowiedziałem.
Wyciągnął notes i zaczął szybko pisać. Z każdą stroną stawał się coraz bardziej ludzki. Z czasem zaczął się zmieniać. Najpierw nauczył się wzdychać, potem narzekać na pogodę, choć nie miał pojęcia, jaka właściwie powinna być. W końcu rzucił "a nie mówiłem?" do zupełnie obcej osoby na przystanku, co uznałem za moment graniczny.
- To wasze centrum dowodzenia? - zapytał, patrząc na Krupówki.
- Nie. To eksperyment - wyjaśniłem. - Sprawdzamy, ile kiczu jest w stanie znieść człowiek, zanim zacznie kupować plastikowe oscypki i wierzyć w ich autentyczność.
- Zaczynam rozumieć - przyznał. - Wy nie jesteście nielogiczni. Wy jesteście po prostu zmęczeni. I w sumie całkiem fajni.
- To brzmi jak diagnoza - zauważyłem.
- To brzmi jak protokół końcowy - poprawił mnie.
Staliśmy wreszcie między straganami pod Gubałówką. Zewsząd atakowały nas napisy: "prawdziwe", "oryginalne", "góralskie" - wszystkie wyprodukowane seryjnie, gdzieś daleko od gór i zdrowego rozsądku. Kosmita notował w pośpiechu.
- Tu absurd osiągnął formę użytkową - mruczał. - Jest sprzedawany na kilogramy.
Wjechaliśmy kolejką na Gubałówkę. Kosmita spojrzał na panoramę Tatr, potem na cennik i zbladł. Wyjaśniłem mu, że tutaj wcale nie jest jeszcze najgorzej. Że powinien udać się nad polskie morze. Tam dopiero ceny potrafią zwalić z nóg.
- Góry są prawdziwe? - zapytał podejrzliwie.
- Jeszcze tak - odpowiedziałem. - Ale pracujemy nad tym.
Usiedliśmy na ławce przed Tatrami, które milczały z godnością. Kosmita spojrzał w niebo, jakby sprawdzał, czy ktoś go jeszcze szuka.
- Raport wysłany - oznajmił. - Wniosek brzmi: inwazja zbędna. Niepotrzebna. Samodegradacja przebiega wzorowo i bez zakłóceń.
- A co z panem? - zapytałem.
- Zostaję - odpowiedział. - U nas absurd jest jeszcze młody. Tutaj osiągnął już pełną dojrzałość. Ma tradycję, regionalne odmiany i cennik.
Uśmiechnął się. Był to uśmiech już całkiem ludzki - lekko krzywy, jakby przepraszał za swoje istnienie, ale jednak ludzki. Taki bez przekonania. Wzruszył ramionami.
Na pożegnanie wręczył mi notes. Na ostatniej stronie napisał w moim jezyku: "Ludzkość: gatunek obiecujący, ale źle zarządzany. Zaleca się obserwację z bezpiecznej odległości. Najlepiej z innej planety".
Następnego dnia wróciłem do urzędu. Krzesło numer siedemnaście było puste. Tabliczka "Prosimy zachować spokój" wisiała krzywo, jakby ktoś próbował ją zdjąć, ale zabrakło mu determinacji. Usiadłem i zacząłem czekać. W końcu zrozumiałem, że robię to już całkiem poprawnie. Po raz pierwszy miałem to niepokojące wrażenie, że wychodzi mi to naprawdę dobrze.
***
W procesie twórczym wykorzystano wsparcie AI w zakresie przetwarzania i redagowania.
Autor nie uczestniczy, nie komentuje i nie bierze udziału w dyskusjach na forum pod publikacją.