
W trudno dostępnym terenie Tatr zakończyła się skomplikowana, trwająca ponad 50 godzin akcja gaśnicza. Pożar, który wywołało uderzenie pioruna w drzewo w rejonie Włosienicy, wymagał od służb ogromnego zaangażowania, użycia nowoczesnej technologii oraz ścisłej współpracy strażaków z Tatrzańskim Ochotniczym Pogotowiem Ratowniczym. Choć sam ogień początkowo mógł wydawać się opanowany, zarzewie pożaru przez ponad dwie doby tliło się w systemie korzeniowym.
Konieczność powtórzenia działań gaśniczych i ponownego wysłania ratowników w rejon Włosienicy wyjaśnia komendant Państwowej Straży Pożarnej w Zakopanem, st. bryg. Krzysztof Król-Łęgowski:
- Wczoraj musieliśmy powtórzyć schemat z poprzedniego dnia. Trzech strażaków razem z ratownikami TOPR-u na pokładzie śmigłowca udało się w rejon Włosienicy. Musieliśmy po prostu jeszcze raz rozgrzebać tę ściółkę, rozciąć korzenie tego drzewa, w które uderzył piorun, no i upewnić się już na sto procent, że ten pożar w tych warstwach podściółkowych nie będzie się rozprzestrzeniał - mówi komendant.
Mimo upływu czasu zagrożenie na miejscu wciąż było realne i widoczne z powietrza.
- Tak, było widać zadymienie, nawet niewielkie płomienie. Kamera termowizyjna, która na dronie podleciała w to miejsce, wyraźnie wskazywała, że w tych warstwach gleby panuje podwyższona temperatura. Stąd zdecydowaliśmy się, żeby tę akcję powtórzyć - relacjonuje st. bryg. Król-Łęgowski.
Ze względu na ekstremalnie trudne ukształtowanie terenu, akcja wymagała połączenia tradycyjnego transportu śmigłowcowego z nowatorskim wykorzystaniem bezzałogowców.
- Strażacy na miejsce zostali przetransportowani śmigłowcem Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Woda była dostarczana, podobnie jak w poprzednim dniu, dronami - zaznacza komendant.
Z ustaleń ratowników wynika, że wyładowanie atmosferyczne miało miejsce znacznie wcześniej, niż pierwotnie przypuszczano.
- Ratownicy TOPR-u, którzy chcieli sprawdzić, kiedy ten piorun uderzył, dotarli do takiej informacji, która wskazuje, że to było mniej więcej około godziny dwudziestej drugiej, dwudziestej trzeciej i jeszcze dzień wcześniej, więc pewnie tyle to wszystko trwało. Ponad dwa dni. Ponad dwie doby - podsumowuje szef zakopiańskich strażaków.
Obecnie sytuacja na miejscu jest już w pełni opanowana. Strażacy mają pewność, że zagrożenie zostało całkowicie wyeliminowane, w czym pomogły również sprzyjające warunki atmosferyczne.
em/r