
Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś pt. "Uzdrowisko pod Wiecznym Ciśnieniem".
Nokaut. Uzdrowisko pod Wiecznym Ciśnieniem
/Fantastico Chico Blanco/
Państwo Puciowscy zasiedli w fotelach z namaszczeniem sędziów bokserskich. Poprawili kapcie niczym sekundanci przed wyjątkowo krwawą, patologiczną rundą, walką stulecia. Wydawałby się mogło, że zaraz wepchną na ring zawodnika na totalną rzeź. Telewizor Mini LED, ten współczesny Święty Graal ich domostwa, lśnił w gęstniejącej ciemności salonu, oblewając im twarze błękitną poświatą wieczności. Z głośników sączył się jowialny, wręcz lepki głos lektora. Zapowiadał właśnie kolejny turnus telewizyjnego targowiska przechodzonym już nieco żywym towarem. Wszystko, rzecz jasna, pod oficjalnym, dumnie brzmiącym szyldem "Sanatoryjnym jarmarkiem miłości".
Dla Puciowskich ta ramówka nie stanowiła jednak zwykłej, wieczornej rozrywki w przerwie między dawkowaniem leków na nadciśnienie a wyczekiwaniem listonosza z rachunkiem za geotermię. Oglądali te popisy z nabożnym, niemal chirurgicznym skupieniem. Traktowali je jak bezwzględną instrukcję obsługi życiowej katastrofy oraz precyzyjny atlas błędów geriatrycznych ciała i duszy, które za wszelką cenę należy omijać, zanim dopadnie ich ten sam stan fizycznego i emocjonalnego zesztywnienia, zgorzknienia i całkowitego zablokowania zastawek uczuciowych.
Tradycja wymagała, by przed pierwszym odcinkiem na ławie lądował sfatygowany, upaprany tłuszczem notes, nabyty jeszcze w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Małżonkowie otwierali go w milczeniu, po czym bezlitośnie łączyli kuracjuszy w pary, przypominając jarmarcznych handlarzy niewolników lub weterynarzy segregujących inwentarz przed nadejściem srogiej zimy. Typowali, kto z kim dotrwa do finałowego bankietu, mnożąc poziom desperacji widocznej na ekranie przez stopień zgorzkniałego uporu, infantylizmu, emerytalnego narcyzmu i nierzadko zwyczajnej, podręcznikowej głupoty. Nie było w tym złośliwości a przynajmniej nie tylko ona nimi kierowała. Była za to głęboka, podszyta lękiem kalkulacja, bo ekran telewizora nie pokazywał przecież niewinnego dancingu przy hitach Krzysztofa Krawczyka. To była bezwzględna wyprzedaż posezonowa na zapleczu ludzkiego żywota, wielkie czyszczenie magazynów z uwiędłych marzeń, pragnień i potrzeb.
Na tym specyficznym, telewizyjnym jarmarku próżności desperacja oraz żenujące, szkolne podchody były towarem pierwszej potrzeby zapakowanym jaskrawo w zbyt ciasne albo zbyt pstrokate wdzianka, w których kuracjusze uparcie i komicznie próbowali udawać jurnych nastolatków. Ci podstarzali single wyciągali z dna szafy zakurzone rojenia o wielkich uczuciach i wietrzyli je pospiesznie przez tygodnie emisji, ku uciesze gawiedzi przed odbiornikami. W ich oczach autentyczne pragnienie bliskości toczyło śmiertelną walkę z panicznym strachem przed cudzym chrapaniem, protezą w szklance, poranną rutyną, poobiednimi wzdęciami, źle działającą prostatą czy bezlitosnym, sąsiedzkim hejtem. Tragizm, a zarazem groteska tej sytuacji polegały na tym, że każdy z tych biedaków rozpaczliwie szukał bajkowego księcia z sanatoryjnego snu, a ostatecznie i tak znajdował jedynie upierdliwego współlokatora z przewlekłym nadciśnieniem, niekompletnym uzębieniem i własnym, monstrualnym zestawem pretensji do całego świata. Pretensje te zazwyczaj wyrastały z prowincjonalnych kompleksów, z niewiedzy i nierzadko fatalnie, wręcz podle przeżytej młodości.
Puciowscy patrzyli na te emerytalne zaloty z głębokim, niemal fizycznym niesmakiem zmieszanym ze współczuciem, które dławiło ich w gardle. Jednocześnie traktowali ten program jak swoisty eksperyment społeczny. Co gorsza, widzieli w ekranowych postaciach samych siebie z najczarniejszego scenariusza przyszłości, tyle że obdartych z litościwego dystansu i pozbawionych bezpiecznej bariery w postaci wspólnego pilota do telewizora. Zdawali sobie sprawę, że każdy sztuczny uśmiech rzucony do kamery jest tylko rozpaczliwym, panicznym unikiem przed ostatecznym ciosem samotności, a każdy niezgrabny, koślawy obrót na uzdrowiskowym parkiecie stanowi dramatyczną, z góry skazaną na porażkę walkę z nieubłaganie upływającym czasem.
Nadszedł wreszcie wieczór finałowy, czas ostatecznego podsumowania tego turnusu ludzkich złudzeń. Na ekranie miały rozstrzygnąć się losy przedostatnich nadziei, sfilmowane ku uciesze gawiedzi spragnionej cudzego nieszczęścia. Pani Puciowska trzymała notes otwarty na kolanach, przyciskając długopis do pożółkłego papieru tak mocno, jakby od tego zależała natychmiastowa wypłata czternastej emerytury. Pan Puciowski, z dłonią zawieszoną nad miseczką ulubionych słonych orzeszków, nie odrywał wzroku od migoczącego ekranu. Gdy prowadząca z wyreżyserowanym entuzjazmem ogłosiła werdykt, w salonie Puciowskich zapadła głęboka, niemal grobowa cisza. Okazało się bowiem, że upatrzona przez nich para - zwiędły pan roniący krokodyle łzy nad wspomnieniem swojej dawnej Syrenki oraz dystyngowana dama w cekinach i słomianym kapeluszu, która przez cały turnus gardziła uzdrowiskową kawą i resztą kuracjuszy - postanowiła spróbować wspólnego życia, lecz z zupełnie innym, kompletnie przypadkowym kandydatem. Łał!
Okazało się, że nikt nie wygrał, a ludzka nieprzewidywalność i głupota znów pomieszała szyki logicznej kalkulacji. W rubrykach notesu oboje małżonkowie obstawili dla tej dwójki całkowitą kapitulację i samotny powrót do domu tuż przed końcowym gwizdkiem, uznając ich za zbyt zgorzkniałych na jakikolwiek kompromis.
Puciowska powoli, z wyraźnym niesmakiem zamknęła notes. Dźwięk uderzających o siebie okładek przypominał trzaśnięcie wieka starej, nikomu niepotrzebnej szafy w opuszczonym przez spadkobierców domu. Spojrzeli po sobie z dziwnym rodzajem ulgi wymieszanej z trwogą. Uświadomili sobie, że telewizyjne targowisko desperacji właśnie zamknęło swoje podwoje, zostawiając ich samych w pustym, przykurzonym ringu własnego salonu z cichym oczekiwaniem na kolejny sezon tej geriatrycznej szopki w przyszłym roku.
Pan Puciowski chrząknął cicho, wrzucił do ust kolejną garść orzeszków i nie patrząc na żonę, rzucił szorstko w stronę stygnącego ekranu:
- Widzisz, kochanie, z dwojga złego lepiej już do końca życia użerać się o to, czy znów bezmyślnie zostawiłaś włączoną kuchenkę niż dać się tak publicznie, na oczach całego narodu, za darmo zlicytować z resztek ludzkiej godności.
***
W procesie twórczym wykorzystano wsparcie AI w zakresie przetwarzania i redagowania.
Autor nie uczestniczy, nie komentuje i nie bierze udziału w dyskusjach na forum pod publikacją.